Wyjechała nad morze na dwa miesiące żeby o nim zapomnieć.
Tylko to nią kierowało, na dalszy plan schodziły takie atuty jak pensja, powietrze przepełnione jodem, szum morza, piasek i opalenizna.
Od razu po rozpakowaniu bagaży pobiegła na plażę i zaczęła iść brzegiem morza w stronę innej nadmorskiej miejscowości.
Nawet 350 km nie przeszkodziło mu by ją nękać.
Nie może od niego uciec z prostego, wręcz błahego i jakże oczywistego powodu, uwił on sobie w jej głowie rozkoszne gniazdko.
Przez tego dzikiego lokatora M. nie może spać, uśmiechać się, oddychać.
W głowie ma tylko tego bezwstydnego kusiciela, który mógłby dostać etat w reklamie Princessy.
Idealnie tam pasuje, jego orzechowe oczy, ciemna czekoladowa karnacja, perłowy uśmiech zniewoli umysły każdej kobiety i niejednego mężczyzny.
M. zatraciła resztki swojej osobowości dla niego, sfabrykowała zainteresowania, naciągnęła i ubarwiła swoje życie, bojąc się, że prawdziwej jej nie pokocha.
Obawy były skutkiem podsumowania trzech lat liceum i dwutygodniowego zagranicznego wyjazdu, kiedy nie spojrzał na M. ani razu.
Tak więc ona, krystalicznie, przeźroczysta, szklista prawdziwa ona go nie pociągała.
Wystarczyła mała mistyfikacja, obejrzenie kilku filmów, przesłuchanie kilkudziesięciu zespołów i wkupiła się w jego łaski, zyskała w jego oczach, zaczął na nią patrzeć z uznaniem, dostrzegł ją, przestała być niewidzialna.
Osiągnęła to co chciała, zbliżyła się do niego, przestała być bezosobowa.
Jednak końcowy bilans nie daje jej spać, zatraciła całą siebie, zapomniała o swoich feblikach, fiksacjach, wypłynęła na obce wody, gdzie wieje zimny wiatr i są silne prądy.
Czuje się niepewnie, nieznany świat, utraciła tu poczucie bezpieczeństwa.
On miał jej zapewnić port, gdzie zakotwiczy, bezpieczną przystań szczęścia, zrozumienia i miłości.
Niestety zbliżyła się tylko na tyle, by on z tego swojego szklanego pomieszczenia ją dostrzegł.
I tyle, nie otworzył drzwi, czasami mówi coś przez uchylone okno, ale to M. nie zadowala.
Ona chcę wejść do jego świata, poznać go całego, a nie tylko jego zewnętrzną powłokę, ogólnodostępną, nadmiernie afiszowaną, która szczerze mówiąc już ją nudzi.
Tutaj kolejny minus podsumowania, pan *. w relacji sam na sam, bez grupy, gdzie mógłby się wygłupiać i żartować, dość nudny jest i monotematyczny.
Stara się poruszać różne kwestie, ale i tak zawsze powraca na tory obrytych już tematów.
Czas wszystko weryfikuje, nawet chore, wyolbrzymione, przerysowane, wręcz karykaturalne zauroczenie.
M. będąc teraz tak daleko, stwierdza z niemałym przerażeniem, że już jej mija, że powoli uczucie słabnie, fiksacja przemienia się w obsesję, a ta w nadczynność wspomnieniową.
Odległość i upływające dni ciszy negują powoli całe to zamieszanie uczuciowe.
Mikstura miłosna traci moc, M. zaczyna myśleć trzeźwo i widzieć wyraźnie.
Patrząc z takiej perspektywy *. traci swoje walory, zanikają one, a uwypuklają się mankamenty, wady, ubytki, uszczerbki.
Odwyk jednak wychodzi na dobre, M. już szykuje się do pokonania ostatnich zakrętów, zmiana biegów, odpowiednia muzyka w radio, odpowiednie książki na siedzeniu pasażera, idealne filmy dla psychiki M.
Nadbagażem są wyrzuty sumienia jak mogła coś takiego sobie zrobić, zdradzić swoje Ja, zaangażować się tak mocno w mężczyznę, który w ogóle jej nie dostrzegał i nie weryfikował jako potencjalnej partnerki do rozmów i wspólnie spędzanych chwil.
On nic w niej nie widzi, ona natomiast widziała w nim swoją drugą połówkę, człowieka, który ją wreszcie poukłada, poskleja mocnym klejem, uformuje przy tym idealny kształt.
Każde spotkanie, rozmowę, nawet tą kilkugodzinną rozmowę na ławce wywyższała do najwyższej rangi, wyolbrzymiała, nadmuchiwała się jak balonik nadziejami na coś więcej, liczyła na muśnięcie palcem jej ręki, policzka, ust.
On jedynie zdobył się i to i tak w akcie wielce koleżeńskim na szturchanie, popychanie, dźganie między żebrami, czochranie włosów.
Albo M. jest tak nie atrakcyjna, odpychająco brzydka, odrażająco gruba i paskudna, że samym wyglądem do siebie zraża, albo nic innego nie przychodzi jej do głowy, bo wymienione powyżej czynniki są podstawową barierą.
Ale oddalając się od wad i ułomności M. należy spojrzeć na fakt, że im bliżej pana *. ona była tym mniej ją pociągał.
Raz nawet nie pojechała na umówioną wspólną wycieczkę, bo miała mdłości z obrzydzenia na myśl, że znowu będzie musiała słuchać jego monotematycznego, nudnego monologu.
Tak, trzeźwy osąd i już wizerunek *. przepełniony jest achromatycznymi myślami.
Za kilkanaście dni może wyprowadzi się z jej głowy, oczyści się jej krwiobieg z toksyn, bo pali jak nałogowiec.
Codziennie wpompowuje w siebie kilkanaście dm3 dymu papierosowego, chociaż świadomie się tym brzydzi.
Papieros i ona to przecież przeciwstawne bieguny, a jednak sytuacja wywołała w niej taki stan psychiczny, że jest bezsilna, nie umie się przeciwstawić tej obrzydliwej, cuchnącej używce.
Powinna ponownie przeczytać pracę Witkacego na temat uzależnień i porady jak skutecznie rzucić to świństwo.
Sama temu nie podoła, nie ma wystarczająco silnej woli by ograniczyć palenie i skończyć definitywnie z nikotyną.
Codziennie wstaje z postanowieniem, że nie zje dużo, że tylko tyle by uciszyć żołądek, że nie zapali, bo pójdzie na plaże i nawdycha się morskiego powietrza.
Jednak każda kolejna, wolno upływająca w męczarniach godzina przybliża ją do klęski.
Bezsilna M. spełniła bez wahania wygórowane żądania nałogu i tak o to znowu jest przegrana.
O szesnastej trzeci papieros, o osiemnastej następny, później chyba kolejny, już straciła rachubę, o 21 piąty bądź szósty!
Z nudów, bo pracuje na recepcji, gdzie stosunkowo mało się dzieje i nie wymaga to od niej cięższego myślenia.
A jak wiadomo długa bezczynność mózgu skutkuje bezmyślnością i tym łatwiej M. poddawana jest macką nikotyny i nadmiernie pobudzonych kubków smakowych.
Potrzeba jej silnego kopa w dupę i ewentualnie, jeśli ten pierwszy nie poskutkuje, to silniejszym bodźcem może okazać się zgnieciecie, uciśnięci kory mózgowej, gałek ocznych i języka.
Wszystkie powyższe czynniki, zdrada własnego ego, niespełniona miłość, pozostająca ciągle na etapie platonicznej miłości, ciągłe zadymienia płuc, rozciągnięcia żołądka napawa ją takim uczuciem odrazy względem swojej osoby, że tylko czekać na jakiś przejaw autodestrukcji, negacji własnego ciała i ducha.
W niczym nie widzi, nie dostrzega nigdzie możliwości odskoczni od szarej i przykrej rzeczywistości jak w płytkich marzeniach i ubarwianiu wspomnień, dopisując do nich nowy przebieg zdarzeń, oczywiście korzystny dla M.
Nie byłoby to straszne i karygodne, gdyby nie jeden mały szkopuł.
Ten świat przenika do I świata, tego realnego, z rzeczywistymi ludźmi, którymi ona nie steruje, nie układa za nich monologów, nie siedzi w ich świadomości.
Wymyka jej się spod kontroli operowanie jednocześnie dwoma światami istniejącymi równolegle.
Fikcją musi nadrabiać swoje braki, zamiast poważnie i stanowczo się za siebie wziąć.
Niedługo pogubi się w swoich kłamstwach, zatraci się kompletnie w baśniowym świecie swoich utopijnych iluzji.
Musi to zniwelować.
Unicestwić.
Dlatego chciała wyjechać na studia do innego miasta, żeby zacząć wszystko od nowa, z nowymi ludźmi, odcinając się od wstydliwej przeszłości, odpocząć od kłamstw, być sobą.
Tylko jakby się dłużej zastanowić, to i tak skończyłaby tak jak tutaj, bo nie zaakceptowali by jej krystalicznej, śnieżnobiałej prawdziwej osoby.
Znowu musiałaby się ulepszać, doszywać fałszywe łaty, ponownie naciągałaby rzeczywistość by się przypodobać i przystosować do wymagającego otoczenia.
Zabrnęła tak daleko w tym wszystkim, że już nie ma odwrotu, wyjścia ewakuacyjnego...
Do końca musi nosić brzemię, ciężar popełnionych błędów i wypowiedzianych z taką łatwością kłamstw.
W nocy rozmawia sama z sobą, uspokaja się, wycisza i zasypia, zapewniając sobie tym wewnętrznym monologiem jakieś poczucie bezpieczeństwa.
W nocy wychodzi na plażę i patrzy z nadzieją w gwiazdy, może jakaś spadnie, a ona w tym czasie wypowie magiczne życzenie i wszystko się spełni?
Może w końcu pozna sens życia?
Od lat towarzyszy jej huśtawka nastrojów, raz skacze do chmur ze szczęścia i euforii by sekundę później kopać dół, rów, bo w dole jej dupa się nie zmieści, i schować się tam po czubek głowy.
Taka amplituda samopoczucia wytrąca ludzi z jej otoczenia z równowagi, nie potrafią się oni do niej dostroić, dopasować, nie ufają jej, bo nigdy nie wiadomo w jakim stanie będzie jak się z nimi spotka.
Ale i tak postrzegają ją jednakowo.
Jako poważną, zdystansowaną, ułożoną dziewczynę, która jest nudna, nieciekawa, pozbawiona górnolotnego poczucia humoru, nie mającą nic do powiedzenia i w ogóle jest niewidzialna, niepotrzebna.
Świat bez niej dalej się kręci.

09.07.2010r., M.
Name:

Komentarze:

08.02.2011, 20:22 :: 155.158.49.52
beti
Ty z nim bylas juz wtedy, w wakacje? czy to sie dopiero zaczynalo i juz szukalas ucieczki?
bo jesli tak, jesli juz od wtedy sie meczysz, a teraz jak wnioskuje jest coraz gorzej, czy nie sadzisz, ze to jednak nie to? nie zmieniaj sie dla kogos, nie udawaj innej niz jestes, bo zatracisz sie jeszcze glebiej, zgubisz siebie.. w milosci chodzi o to, by kochac druga osobe taka, jaka jest, a nie zmieniac sie dla niej, uciekac od tego, co sie lubi.

pozdrawiam Cie M. :)

03.02.2011, 12:15 :: 77.113.16.149
adi
toż to prawie rozprawa doktorska jest. nie znam nikogo kto z taką dociekliwością potrafiłby zachowanie własne analizować i tak szerokie spektrum wniosków i przemyśleń przedstawić. może to jest problem? że za bardzo wszystko chcesz badać i do prostych czynności sprowadzać, wtedy traci się magię tego co tajemnicze i niewyjaśnione?